Co robić, gdy rozmowa przeradza się w pożar…

wpis w: felietony | 0

Kiedy dziecko – które jeszcze niedawno było siedemdziesięcioma kilogramami żywego buntu – dorasta, życie zaczyna być prostsze. Ale i tak są i będą sytuacje, gdy nagle odkrywamy jakiś punkt zapalny, pojawia się mnóstwo emocji, jadą konie po betonie, rozpędzone…

I jest taki moment, kiedy jakimś skrawkiem umysłu zauważasz, że się wkręcasz, a nawet, że to rozkręcasz… i że ta ilość emocji nie pomaga… A tu już płonie ognisko i szumią knieje, a każde kolejne słowo wyjaśnień na temat punktu zapalnego nie pomoże nam przywitać się z rozumem…

Co wtedy? I nie tylko w kontakcie z dzieckiem, ze współpracownikami też. Z kontrahentami, z przyjaciółmi, z żoną, mężem…

Co wtedy? Jak ugasić taki pożar?

A gdyby tak ni z gruchy, ni z pietruchy powiedzieć: „No to się pokłóciliśmy…” albo „Ale mamy różnicę zdań…”. I jeszcze: „Rozumiem, że jesteś wzburzony… Ja też… Czy możemy się zgodzić na to, że (mimo różnic) jesteśmy dla siebie ważni? Lubię w Tobie to i to, doceniam to i tamto, cieszę się, że w zeszłym roku mogliśmy razem to i to, a miesiąc temu i w zeszłym tygodniu to i tamto… Dziękuję, że…”. Po prostu zaprosić do wspólnego narysowania tego, co was łączy, tego, co wspólne, tego, na co się zgadzacie. Tymi lub zupełnie innymi słowy. Po prostu to zacząć. Oczywiście w dopasowaniu, kroczek po kroczku, głośno uznając, że w tej sytuacji jest nam trudno… Dając komuś i sobie prawo do bycia jeszcze zdenerwowanym, do przeżywania emocji wcześniej wywołanych…  Ale również dając sobie prawo do odejścia na krok, dwa czy cztery od punktu zapalnego, by zobaczyć CAŁOŚĆ… Bo konflikt jest tylko kawałkiem relacji, ale w momencie wzburzenia przesłania nam cały świat…

Co ciekawe, Maorysi w ten sposób przystępują do rozwiązywania każdego konfliktu.

Najpierw „narysować ” możliwie wielki obszar tego, co nas łączy, co do czego się zgadzamy, co jest wspólne… Dopiero potem na tym obszarze narysować ten „zapalny punkt”. Zobaczyć cały świat i sprowadzić kłótnię, konflikt do właściwych rozmiarów. Wtedy można zacząć rozmawiać…

Szczególnie polecam w przypadku zaognień tam, gdzie znamy się, mamy zbudowaną relację (nawet jeśli kulawą… Może ona kuleje również dlatego, że skupialiśmy się dotąd na zaognieniach, a nie tym, co łączy?…)

Tam, gdzie dopiero co się spotkaliśmy (nowy klient, sąsiedzi na wakacyjnym wyjeździe itd.), też warto zacząć rozwiązywanie konfliktu od uzgodnienia, co do czego się zgadzamy (np. temat: otworzyć czy zamknąć okno w kolejowym przedziale?… Pyskówka… „Trudna sprawa, takie różne potrzeby mamy… Jakoś warto by było o nas wszystkich zadbać, jedziemy tu razem…” – połóżmy grunt pod poszukiwanie rozwiązania).

Żeby zaprosić drugą osobę do takiego szerszego spojrzenia na to, co się dzieje, trzeba najpierw samemu tak właśnie zacząć patrzeć. Bardzo warto.

Kilka dni temu krzyczałam dorosłemu dziecku w twarz, że jest dla mnie ważne… I że przecież on co i raz daje mi dowody, że ja dla niego też… wrzeszczałam, co w nim cenię, i pytałam, czy mnie słyszy… Przeplatałam grubym słowem, we wzburzeniu wyrzucając z siebie, co w nim lubię… Pytałam, czy zgadza się ze mną, że choć o tym na co dzień nie myślimy, to łączy nas coś większego, niż to, o co się pożarliśmy…

(Acha, jeszcze gdzieś blisko początku powiedziałam, że rozumiem, że się wkurzył… bo ja też!)

Udało się. Kwadrans później po prostu porozmawialiśmy…

Ufff… Udało się J

Pozdrawiam J

Ewa Czapska-Kowalik

P.S. O zaletach tego, jak Maorysi przystępują do rozwiązywania konfliktu, i że inni też tak mogą (J), wiem od Richarda Bolstada, twórcy Komunikacji Transformującej™.

Najbliższe warsztaty Richarda Bolstada w Polsce w maju 2017: